klasztor:
  * HISTORIA ZGROMADZENIA * ŚW. URSZULA LEDÓCHOWSKA
 
nasze dzieła:
  * ŚWIETLICA * DOM POMOCY SPOŁECZNEJ * KATECHEZA
 
chór:
  * O CHÓRZE * OSIĄGNIĘCIA * REPERTUAR * GALERIA * BLOG
 
zabytki:
  * KLASZTORU * KOŚCIOŁA
 
inicjatywy:
  * RATUJMY KLASZTOR! * PLENER MALARSKI * JARMARK URSZULAŃSKI * REMONT
 
galerie:
  * ZDJĘCIA ARCHIWALNE
 
linki:
  * URSZULANKI SJK * FILIPINY * DOM ŚWIATEŁKO * URSZULANKI NA ŚWIECIE - BLOG
 
kościół:
  * HISTORIA * UROCZYSTOŚCI * LUDZIE
       

 

Historia sieradzkiego kościoła i klasztoru od momentu przejęcia go przez Matkę Urszulę Ledóchowską


Dość niezwykła jest historia zakotwiczenia się szarych urszulanek w Sieradzu i dźwignięcia z ruin tamtejszego klasztoru podominikańskiego.
Zaczęło się to  wiosną 1921 roku, kiedy to Matka Urszula Ledóchowska, założycielka niedawno powstałego Zgromadzenia Sióstr Urszulanek SJK została zaproszona przez ziemianki powiatu sieradzkiego do Sieradza z prośbą o wygłoszenie tu odczytu o nowym zgromadzeniu i jego działalności. W sali teatru wobec licznie zgromadzonego ziemiaństwa Matka Urszula Ledóchowska mówiła o swych planach pracy wśród ludu, o nowych formach życia zakonnego, dostosowanych do potrzeb współczesnych. Prawdopodobnie była po raz pierwszy w Sieradzu i dopiero teraz miała okazję ujrzenia starego klasztoru podominikańskiego, położonego tuż obok teatru, z którego właśnie wychodzili słuchacze odczytu.
" Po odczycie - pisze Matka Urszula w "Historii Kongregacji" - otoczyli mnie: rektor kościoła klasztornego i panie ziemianki z prośbą, propozycją, byśmy objęły klasztor podominikański w Sieradzu, który już częściowo jest ruiną i coraz bardziej niszczeje"
Propozycja objęcia klasztoru kryła w sobie nadzieję, że Matka Urszula - nie wiadomo zresztą jakim sposobem - wydźwignie z ruin walący się w gruzy zabytkowy obiekt ziemi sieradzkiej. Władze państwowe i samorządowe nie interesowały się nim: zbyt wiele było innych palących potrzeb. A przecież masyw kościoła i klasztoru, włączony już od wieków w panoramę miasta, stanowił cenny zabytek przeszłości, który należało ratować. Gdyby Matka Urszula zechciała się tym zająć, na pewno okoliczne ziemiaństwo i ludność miasta pośpieszyliby z pomocą. Takie sugestie podsuwano Matce Urszuli.
Ksiądz rektor Aleksander Brzeziński oprowadził Matkę Urszulę po kościele, objaśniając pochodzenie i wartość artystyczną poszczególnych obrazów i ołtarzy. Najdłużej zatrzymano się przed głównym ołtarzem, z pięknym, łaskami słynącym wizerunkiem Matki Boskiej Różańcowej.
W Kronice Zgromadzenia Matka Urszula wspomina: "Panie zaprowadziły mnie do kościoła. Z ołtarza głównego spogląda na nas Matka Boska Różańcowa w sukience ze srebrnych płyt. Zmówiłyśmy "Zdrowaś Mario", by Bóg pozwolił mi objąć Sieradz. Taki poczułam pociąg do tego starego klasztoru: ileż tu modlitw wznosiło się do Boga, ileż cnót, ileż ofiar, nawet krwi męczeńskiej ściągało na ten dom błogosławieństwo Boże".

Matka Urszula zwiedziła również klasztor. Do kościoła przylegają mury klasztoru, zbudowanego w czworobok wokół wirydarza, jak zwykle w klasztorach średniowiecznych. Na parterze, wokół wirydarza krużganek o sklepieniu kolebkowym z lunetami, właściwym dobie renesansu i baroku...
"Wszystko grozi ruiną - notuje Matka Urszula - a jednak takie to ładne, krużganki śliczne mimo rujnacji, wirydarz zapuszczony, ale to wszystko przemawia do duszy i serca... Obeszłyśmy cały dom - ruina, ruina, a przecież ciągnie mnie tak bardzo, iż oświadczyłam paniom, żem gotowa wziąć ten klasztor i odrestaurować".
Klasztor był rzeczywiście w stanie opłakanym. Po opuszczeniu go przez dominikanów zabudowania służyły najrozmaitszym celom. W jednym skrzydle mieściła się od czasów zaboru rosyjskiego szkoła, niektóre pomieszczenia wynajmował rząd osobom prywatnym. Nikt z użytkowników nie myślał o przeprowadzeniu jakichkolwiek remontów, a jedynie zabezpieczał się prowizorycznie przed grożącą ruiną, klasztor więc z wolna chylił się ku upadkowi: dziurawe dachy, pogniła podłoga, powyrywane odrzwia, okna bez futryn i szyb, zacieki i rozpadliny w murach. Północno - wschodni narożnik czworoboku był już częściowo rozebrany, gdyż stamtąd wykradano cegłę.
W chwili, gdy Matka Urszula Ledóchowska obejmowała klasztor, w najlepiej stosunkowo zachowanych pomieszczeniach zabezpieczonych jako tako od całkowitej ruiny, mieściło się kilka klas szkoły powszechnej, redakcja gazety "Ziemia Sieradzka", drukarnia i warsztaty, ponadto mieszkania księdza rektora i nauczyciela szkoły.
Na polecenie Matki Urszuli powiatowy architekt p. Ślusarski sporządził raport o stanie budynków klasztornych z datą 2 lipca 1921 r.
Czytamy w nim: Ks. Rektor przeniósł obecnie drukarnię do swego domu, a pawilon, przez niego opuszczony, wymaga bardzo solidnego remontu, znajdując się w stanie opłakanym pół ruiny. Dachy zniszczone, belki i całe części sufitów pozawalane, a co najważniejsze - całe części murów od góry są w zaciekach, gzymsy odlatują, szkarpy się rysują i częściowo są zupełnie zniszczone. Stan budynków, w których mieści się szkoła, jest stosunkowo możliwy, gdyż, - choć dorywczo - były remontowane, lecz za to przez budowniczych rosyjskich zostały bardzo zeszpecone przez zamianę charakterystycznych stromych dachów z paloną dachówką na bardzo brzydkie, bo płaskie i kryte papą...
Należałoby doprowadzić całą tę grupę budynków do stanu pierwotnego z możliwie małymi zmianami, lecz dzisiaj są one w tak opłakanym stanie, że potrzebują rychłej opieki, gdyż w przeciwnym razie nawet najpoważniejszy remont nie uchroni tych gmachów od ostatecznej i zupełnej ruiny.
Tylko najniezbędniejsze roboty, mające uchronić klasztor od ruiny, ocenił architekt na sumę 2,5 mln marek.
Należało przystąpić do prawnego załatwienia sprawy. Potrzebna była przede wszystkim zgoda biskupa, ordynariusza diecezji kujawsko - kaliskiej, na terenie której leżał Sieradz. Matka Urszula rozpoczęła ożywioną korespondencję z ks. biskupem S.K. Zdzitowieckim, dotyczącą przekazania Zgromadzeniu Sióstr Urszulanek opuszczonego przez dominikanów obiektu. Powszechnie było wiadomo, że zakonnicy nie mają zamiaru objąć swego dawnego klasztoru, gdyż po zbadaniu stanu budynków zrezygnowali z niego, o czym biskup został powiadomiony. Klasztor sieradzki był w każdym razie własnością kościelną i jedynie biskup mógł zdecydować o tym, kto go obejmie. Matka Urszula zwróciła się z prośbą do księdza biskupa Zdzitowieckiego zaraz po odczycie w Sieradzu, 20 kwietnia 1921 roku. Pisała:"Ekscelencjo, Najprzewielebniejszy Księże Biskupie. Wczoraj miałam odczyt w Sieradzu. Duchowieństwo i panie ziemianki oraz pan starosta tak zachęcili się do naszej pracy, głównie do pracy nad nauczycielkami ludowymi, że pragnęliby, abym objęła z mymi siostrami klasztor podominikański w Sieradzu. Zakon ten nie zamierza się tu osiedlić, więc może byłoby rzeczą możliwą i bardzo proszę, niech Ekscelencja przychyli się do próśb ziemianek i do mojej i odda naszej Instytucji Urszulanek Serca Jezusowego ten klasztor. My od sierpnia pracujemy w Pniewach, w diecezji poznańskiej, więc ks. kardynał Dalbor może udzielić potrzebnych o nas informacji...,Będziemy się starały, na ile potrafimy, pracować na chwałę Bożą w myśl kościoła świętego i naszego Biskupa."Ks. bp Zdzitowiecki szczerze ucieszył się propozycją Matki Urszuli. "Praca nad ludem - pisał - jest tak nagląca i tak nieodzowna, że z otwartymi rękoma przyjmę Siostry do swej diecezji... Z mej strony nie znajduję żadnych przeszkód do osiedlenia się Urszulanek w klasztorze sieradzkim... Przewielebna jednak Matka zechce w Rzymie porobić kroki do pozyskania klasztoru na stałe. Ja te starania w miarę sił i możności poprę."
Matka Urszula, czym prędzej wysłała list do generała dominikanów w Rzymie, o. Ludwika Theisslinga, z prośbą o przekazanie Zgromadzeniu klasztoru sieradzkiego. Generał w krótkim czasie odpisał, że chętnie odstępuje własność dominikańską, która będąc już w stanie ruiny, nie przedstawia dla zakonu większej wartości.
Matka Urszula z entuzjazmem zabrała się natychmiast do dzieła. Sprawą restauracji klasztoru chciała zainteresować duchowieństwo, ziemiaństwo, i arystokrację. Pragnęła równocześnie "odrestaurować" myśl o kanonizacji królowej Jadwigi. "Wszak ta kanonizacja miałaby takie ogromne religijne i polityczne znaczenie dla naszego biednego kraju" - pisała Matka Urszula w liście do biskupa Zdzitowieckiego.
Energia i przedsiębiorczość Matki Urszuli wzbudziły zaniepokojenie i czujność władz państwowych, które teraz dopiero przypomniały sobie o istnieniu klasztoru podominikańskiego i zgłosiły swoje do niego prawa, zupełnie bezpodstawnie, skoro nawet rząd carski uznawał ten obiekt za własność kościelną. Nie pozwolono Matce Urszuli czynić żadnych kroków mających na celu odbudowę klasztoru, równocześnie jednak nie brano się do ratowania zagrożonych budynków. Również ziemianie, choć "bardzo przychylni" - jak zawsze twierdziła Matka Urszula - zlękli się trochę, że tempo, jakie Matka nadawała sprawie odbudowy, pociągnie za sobą konieczność zbyt wysokiej pomocy finansowej z ich strony, a przecież majątki były przez wojnę mocno nadszarpnięte i trzeba było je dźwigać z upadku.
Matka Ledóchowska pomimo przeszkód nie rezygnowała ze swych planów. Prośby o interwencję księdza biskupa Zdzitowieckiego i rozmowy w Ministerstwie Rolnictwa ostatecznie zaowocowały tym, że choć Matce nie przyznano na razie prawa własności, dano jej prawo używalności klasztoru oraz zapewniono pomoc finansową w jego odbudowie. Matka Urszula przy poparciu księdza biskupa Zdzitowieckiego otrzymała od dominikanów urzędowy akt donacyjny. Formalny akt darowizny został dokonany przez zebraną w Rzymie Radę Generalną zakonu dominikańskiego w dniu 2 kwietnia 1922 roku.
Już z początkiem lipca 1922 roku M. Urszula posłała do Sieradza dwie siostry: S. Antoninę Tyszkiewicz i S. Paulę Wróblewską, by rozpoczęły kwestę po dworach diecezji kujawsko - kaliskiej. Matka Urszula wystarała się o zezwolenie na kwestę od biskupa ordynariusza i urzędu wojewódzkiego w Łodzi. Z tymi pismami siostry rozpoczęły wędrówkę od dworu do dworu, zwykle końmi, gdyż każdy majątek udzielał tego środka lokomocji na przejazd do następnego dworu. Przez całe lato trwała ta wędrówka uwieńczona pokaźnym dorobkiem. Matka Urszula również jeździła po dworach, aby zapoznać ich właścicieli ze stanem robót przy odbudowie klasztoru. Ponieważ marka polska spadała z dnia na dzień, trzeba było od razu lokować pieniądze w materiałach budowlanych.
Na dobre zamieszkały siostry w Sieradzu dopiero od września 1922 roku, na razie u zaprzyjaźnionej rodziny, a od października przeniosły się do klasztoru. Zamieszkały w dwóch pokojach na piętrze, gdzie jeszcze w czasie deszczu ciekło im na głowę. Klasztor nie miał jeszcze ogrodzenia, więc stał się pasażem między ulicą Żabią a Dominikańską i buszowano w nim, zwłaszcza nocą, w poszukiwaniu skarbów.
Odbudowa klasztoru postępowała sukcesywnie i trwała kilka lat. Siostry miały swój znaczny udział w pracach murarskich i porządkowych. Pierwsze lata odnotowały dość duży napływ kandydatek do życia zakonnego z ziemi sieradzkiej. Wiele z nich stawało do pracy przy odbudowie klasztoru.
Prace restauracyjne tak zrujnowanego i dużego obiektu zabytkowego pociągały za sobą duże koszty. Oczywiście nie mogła temu sprostać kasa Zgromadzenia, które prowadziło liczne zakłady dla sierot i dzieci z rodzin ubogich - nie dotowane wówczas przez państwo.
Matka Urszula zabiegała również o stworzenie pewnych źródeł dochodu w samym klasztorze. Już w listopadzie 1922 roku sprowadzono do Sieradza warsztaty tkackie i zainstalowano je w długiej sali wzdłuż kościoła na pierwszym piętrze. W sumie było 12 warsztatów tkackich. Kierowniczką tkalni była siostra Józefa (Franciszka) Korentz, osoba przedsiębiorcza i utalentowana. Wytwarzając tkaniny regionalne: barwne pasiaki, czerwone i zielone, narzuty na łóżka, poduszki, stroje ludowe regionu sieradzkiego, tkalnia sióstr przyczyniła się wydatnie do promowania i upowszechniania piękna ludowego artyzmu. Tkaniny regionalne wyrabiane tutaj zostały kilkakrotnie odznaczone na różnych wystawach, w tym na Wystawie Krajowej w Poznaniu w 1929 r. Również po wojnie, gdy siostry były zmuszone przystąpić do Spółdzielni Pracy Przemysłu Ludowego i Artystycznego Ziemi Piotrkowskiej, tkaniny sióstr były szczególnie cenione. Przykładem tego może być fakt, że jeden z utkanych przez siostry gobelinów, został ofiarowany prezydentowi Francji Charles de Gaulle, podczas jego wizyty w Polsce. Siostry tkały również "metraż" z cienkiej wełny czesankowej na kostiumy dla zespołów ludowych. Celem większego urozmaicenia swoich wyrobów Siostra Korentz łączyła ze sobą wzory lub kolory różnych wsi lub okolic, tworząc w ten sposób nowe wzory pod względem charakteru i barwy bardziej artystyczne od ludowych. Ponadto specjalną uwagę poświęciła siostra dawnym, zanikającym już wzorom ludowym, odradzając je w ten sposób i zapoznając z ich pięknymi barwami i rysunkami współczesne pokolenie.
Matka Urszula, mimo rozlicznych prac i odpowiedzialności za całe Zgromadzenie, była osobiście zaangażowana w sprawę odbudowy klasztoru. Mówią o tym jej zapisy w Kronice Zgromadzenia, którą prowadziła: "Obstalowałam w Poznaniu 30 tys. sztuk dachówki karpiówki dla Sieradza"(1924 r.), "Obejrzałam całą budowę. Już zerwany stary dach nad szkołą, praca wre w całej pełni"(1925 r.), "Już wszystkie dachy dachówką pokryte. Sieradz coraz ładniejszy"(1926 r.).

Odbudowa klasztoru nabrała rozgłosu. Ukazywały się artykuły wyrażające uznanie dla przedsięwzięcia. Oto tytuły niektórych z nich: "Nowe dzieło Matki Ledóchowskiej - odbudowa klasztoru w Sieradzu" ("Tygodnik Ilustrowany" Nr 35, 1926), "Wskrzeszona chluba Sieradza - klasztor Królowej Jadwigi" ("Ilustrowany Kurier Codzienny", Kraków  Nr 48, 1929)
Już w roku 1923 główne skrzydło klasztoru było gotowe, posesja została ogrodzona, zaprowadzono elektryczność, jednym słowem klasztor dominikański ożył.
Matka Urszula podjęła się ponadto remontu gmachu przylegającego do klasztoru i będącego jego własnością a użytkowanego przez publiczną szkolę powszechną. W październiku 1925 r. odbyło się uroczyste poświęcenie szkoły  im. Królowej Jadwigi. Kierownictwo szkoły było już wówczas w ręku sióstr.
Równolegle z odbudową klasztoru - była tu prowadzona praca charytatywna i apostolska pod różnymi postaciami. Klasztor był zawsze otwarty na dzieci i młodzież - na wszelkie potrzeby i biedy ludzkie.
Już na początku, gdy warunki były jeszcze bardzo prymitywne s. Antonina Tyszkiewicz, pierwsza przełożona klasztoru, przyjęła bez wahania dwudziestkę dzieci z ochronki na ul. Żabiej, gdy magistrat nie mógł finansować tej instytucji. Wkrótce Matka Ledóchowska zabrała je do Otorowa, gdzie istniał już dobrze zorganizowany zakład opiekuńczo-wychowawczy. Klasztor stawał się tym, czym być powinien - ostoją, pomocą oparciem dla środowiska.
Wkrótce po osiedleniu się siostry zorganizowały ochronkę dla dzieci, w której z dnia na dzień przybywało podopiecznych. Dzieci otrzymywały ciepły posiłek, czasami odzież, a przede wszystkim troskliwą opiekę i serce, których często było im brak. Dożywianie odbywało się z funduszów Koła Ziemianek, także sejmik dopomagał w zaopatrzeniu dzieci w odzież.
W latach 30 - tych siostry opiekowały się już setką dzieci. Podczas wakacji letnich siostry prowadziły ponadto "ogródek" dziecięcy dla dzieci przedszkolnych. W klasztorze powstała świetlica dla 30 dziewczynek zrzeszonych w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży, biblioteka i wypożyczalnia książek, z której korzystała okoliczna ludność. W roku 1934 na usilną prośbę inteligencji miejskiej siostry założyły prywatną koedukacyjną szkołę powszechną, co rozszerzyło możliwości oddziaływania i na to środowisko.
Stałym zajęciem sióstr była katechizacja we wszystkich szkołach powszechnych Sieradza, prowadzenie organizacji religijnych dzieci i młodzieży.
Drugim koniecznym do utrzymania domu działem pracy stał się wkrótce ogród wraz z polem. Po ogrodzeniu posesji zaczęła się na dobre uprawa warzyw, sadzenie drzew owocowych, wkrótce ogród się rozszerzył o przyległe, wydzierżawione parcele. Zgromadzenie otrzymywało też czasem jako darowiznę kawałki pola za miastem, a także dokupowało ziemię, by móc założyć własne gospodarstwo rolne.
W 1928 r. współwłaścicielka majątku Monice ofiarowała Zgromadzeniu 3 ha ziemi, później dokupiono sąsiednie parcele, a w 1939 roku zakończono budowę domu, w którym zamieszkały siostry z klasztoru w Sieradzu.

Lata wojny i okupacji

Całą tą rozkwitającą działalność przerwała wojna w 1939 roku. Początkowo, podobnie jak reszta zdezorientowanych ludzi, siostry uciekły przed zbliżającym się frontem. 3 września udały się w kierunku , Piotrkowa Trybunalskiego i Szadku. Ucieczka nie trwała jednak długo, bo już 10 września powróciły do Sieradza. Klasztor został zajęty przez Niemców i stworzono w nim szpital polowy. S.Paulina Jaskulanka tak relacjonowała zaistniałe fakty:"Ranni żołnierze polscy zajmowali połowę krużganków - leżeli na kamiennej posadzce, prawie bez słomy. Trzeba było zdobyć słomę i sienniki. W budynku publicznej szkoły powszechnej tylko w dwóch salach leżeli polscy jeńcy, ci najciężej ranni. W innych znajdowali się żołnierze niemieccy, sala operacyjna i opatrunkowa. W kościele leżeli oficerowie niemieccy lżej ranni. Nasze pokoje w klauzurze zajmowali lekarze, pielęgniarki - personel niemiecki. Wszędzie był brud, zniszczenie, walały się resztki rozgrabionych rzeczy sióstr - książki, notatki itp."
W dwóch pokoikach parterowych przy furcie mieszkała warta niemiecka. Wartownicy nieustannie pełnili dyżury na ulicy, na podwórzu i w ogrodzie, dookoła całego klasztoru. Siostry wspominają, że byli na ogół ludzcy i pełni współczucia dla niedoli zwyciężonych, nierzadko częstowali polskich żołnierzy swoim jedzeniem i tytoniem.
Początkowo było kilkuset rannych - warunki fatalne - brakło łóżek, bielizny, nawet sienników. Gdy władze wojskowe skierowały część jeńców do innych szpitali, a inwalidów pozwalniano do domów, opróżnił się kościół i krużganek, większość rannych leżała na łóżkach, reszta na siennikach. Mieszkańcy Sieradza pamiętali o naszych rannych, odwiedzali ich, obdarzali żywnością.
Chorzy byli pod opieką polskich lekarzy; praniem, obsługą rannych i kuchnią zajmowały się siostry. Ustalił się zwyczaj, że codziennie kilku czy kilkunastu jeńców obierało kartofle na obiad.
Z powodu ciężkiej zimy Msze święte w pierwszym roku wojny odprawiano nie w kościele, lecz na krużganku, pod wielkim krucyfiksem. A ponieważ krużganek był opalany, mogli uczestniczyć w nabożeństwach ranni, z których wielu miało tylko drelichowe mundury. Ówczesny rektor kościoła i kapelan sióstr ks. Binkowski, przychodził do sal i spowiadał rannych a także udzielał im komunii świętej.
Szpital polowy przetrwał aż do 19 lutego 1940 roku. Liczył wówczas już tylko1105 pacjentów. Nie czekając ich wyzdrowienia, Niemcy wyprawili ich najpierw do Ostrzeszowa, a stamtąd porozsyłali do różnych obozów. Na pożegnanie prawie wszyscy zebrali się na krużganku pod krzyżem, gdzie Mszę świętą odprawił ks. Binkowski, który wkrótce sam został wysłany do obozu w Dachau, skąd już nie wrócił.
Podczas trwającej wiele lat okupacji, przebywające w Sieradzu siostry podjęły się również pochówku zmarłych w sieradzkim więzieniu więźniów politycznych.
Przez wszystkie lata okupacji można było oglądać jadący ulicami miasta niepozorny zaprzęg: wózek, zaprzężony w kulawego konika "Troskę" wiozący trumnę, albo i dwie. Jedna siostra powoziła siedząc na wózku, a za wózkiem szła druga siostra z różańcem w ręku modląc się za zmarłych. Do "konduktu" przyłączał się niekiedy policjant i krzyczał, żeby jechano prędzej. Taki widok powtarzał się najpierw po kilka razy w tygodniu, potem codziennie, a w końcu musiały siostry obracać kilka razy dziennie, aby przewieźć na cmentarz zmarłych więźniów.
W pierwszym roku wojny każdy zmarły otrzymywał własną trumnę; w dalszych latach trumna z wysuwanym dnem służyła tylko do przewożenia zwłok, które składano do grobu w papierowych workach. Pod koniec sytuacja uległa zmianie o tyle, że zmarłych odziewano w ich własną bieliznę o ile ta była licha, bo lepszą przywłaszczali sobie Niemcy. W samym tylko 1942 roku siostry pochowały w ten sposób 450 osób. Dzisiaj nie ma na cmentarzu nawet śladu po tych więziennych mogiłach. Zniwelowano je, a na ich miejscu stoją nowe, murowane groby.

Po zakończeniu wojny

Z chwilą zakończenia wojny w 1945 r. klasztor sieradzki liczący wówczas 110 sióstr, bardzo aktywnie włączył się w prace nad odbudową i rekonstrukcją życia społecznego na terenie miasta. Wojna pozostawiła po sobie ruinę, nędzę i ludzkie tragedie. Najpilniejszą sprawą była troska o młodzież i dzieci. Gdy tylko zaczęło się organizować szkolnictwo, pięć sióstr objęło nauczanie religii w szkołach. Do pracy w gimnazjum przystąpiła s. Magdalena Hekker, która objęła nauczanie łaciny i języka francuskiego oraz rysunków. Prowadziła. W pracy tej jednak nie utrzyma również na terenie szkoły organizację młodzieżową Czerwonego Krzyża. W pracy tej jednak nie utrzymała się długo. Została zwolniona pod koniec półrocza roku szkolnego 1947/48.
Napływ młodzieży okolicznej do gimnazjum sieradzkiego a potem też do innych szkół średnich, stwarzał konieczność zapewnienia jej odpowiednich warunków bytowych i właściwej opieki. Nie było jeszcze wtedy internatów państwowych. Rodzice nawiązując do tradycji przedwojennej zwracali się w tej sprawie do sióstr. Zgłoszeń było bardzo dużo, ale siostry, ze względu na ograniczone możliwości lokalowe, mogły przyjąć w pierwszym roku powojennym 45 dziewcząt. Warunki były wówczas, jak zresztą wszędzie w pierwszych latach powojennych, bardzo skromne, wręcz biedne. Jednak młodzież ówczesnego pokolenia wykazała wiele hartu i zapału do nauki i pracy. W miarę ulepszania warunków i przeprowadzenia pewnych adaptacji lokalowych można było zwiększyć ilość miejsc. Najwięcej, bo 58 internatek było w roku 1956/60. Liczba ta zaczęła jednak spadać, bo ówczesne władze komunistyczne niechętnie  a nawet wrogo patrzyły na bursę prowadzoną przez zgromadzenie zakonne. Siostry pracujące w bursie otrzymały wymówienie pracy w ciągu roku szkolnego, jednak na skutek interwencji rodziców zgodzono się na pozostawienie bursy do końca roku szkolnego. Bursa prosperująca po wojnie przez 16 lat przestała istnieć definitywnie z dniem 30 czerwca 1961 roku.
Po zlikwidowaniu bursy "Caritas" państwowy zlecił siostrom prowadzenie Domu Opieki Społecznej dla 40 dzieci niepełnosprawnych umysłowo i fizycznie. Otwarcie Zakładu nastąpiło 5 stycznia1962 r.
Praca ta wymagała od sióstr dużego przestawienia się. Trzeba było przeszkolić personel, zdobyć więcej pielęgniarek, których w zgromadzeniu o profilu nauczycielsko - wychowawczym nie było zbyt wiele. Władze komunistyczne chciały w ten sposób zepchnąć działalność sióstr jakby na margines. Siostry jednak, które objęły pracę przy najbiedniejszych dzieciach, nie czuły się pokrzywdzone. Przeciwnie, dzieci te stały się odtąd przedmiotem ich szczególnej troski.
Przez wiele lat Dom Pomocy Społecznej borykał się z bardzo trudnymi warunkami lokalowymi, gdyż pomieszczenia starego klasztoru nie dały się zaadaptować do potrzeb tego typu zakładu. W 1984 roku Zgromadzenie odzyskało przyległy do klasztoru budynek, w którym przed wojną siostry prowadziły szkołę podstawową, a po wojnie władze komunistyczne zajęły budynek najpierw na szkołę, następnie przedszkole i wreszcie na potrzeby Muzeum Miejskiego. Odzyskanie tego budynku przyczyniło się do polepszenia warunków Zakładu. Obecnie większość personelu stanowią osoby świeckie, które z wielką ofiarnością i oddaniem pracują przy dzieciach. Dyrekcja Zakładu dba o właściwy poziom pracy, stara się ją usprawnić przez wprowadzenie nowych urządzeń - czyni wszystko, by Zakład mógł jak najlepiej służyć chorym dzieciom.
Odpowiedzią na najpilniejsza potrzebę społeczeństwa sieradzkiego było otwarcie przedszkola po wojnie. Mimo najlepszych chęci, siostry nie były w stanie przyjąć wszystkich, bardzo licznie zgłaszanych dzieci.
W pierwszym roku powojennym liczbę ograniczono do 100 miejsc. Siostry prowadziły przedszkole w wynajętym lokalu. W następnych latach, gdy urządzono na ten cel zakupiony przez siostry barak, liczbę miejsc można było zwiększyć do 150. Dzieci zostały podzielone na trzy grupy.
W 1947 r. z ramienia "Caritas" powstało w domu sióstr przy ul. Toruńskiej drugie przedszkole, prowadzone przez siostry. Działało ono przez dwa lata i przestało istnieć na skutek rozwiązania przez władze komunistyczne "Caritas" kościelnego.
Do przedszkola trafiały dzieci z różnych środowisk społecznych. Było wiele pochodzących z rodzin inteligenckich i zamożnych, ale tez i biedne, których rodzice, czy opiekunowie nie byli w stanie pokryć nawet kosztów wyżywienia. Koszty te brał na siebie komitet rodzicielski, który bardzo aktywnie działał na terenie przedszkola i był dużym jego zapleczem i pomocą.
Praca w przedszkolu otwierała możliwości nawiązania przez siostry bliskich kontaktów ze społeczeństwem sieradzkim. Wiadomo, że wrażliwość rodziców jest szczególnie wyczulona na najmłodsze pociechy. Potrafili, więc właściwie ocenić poziom pracy opiekuńczej i wychowawczej sióstr. Nic więc dziwnego, że miejsca w przedszkolu były rezerwowane ze znacznym wyprzedzeniem czasowym. Siostry ze swej strony, miały okazję bliższego wniknięcia w środowisko rodzinne dzieci, co stwarzało też możliwość pracy apostolskiej i charytatywnej, tam, gdzie było to potrzebne.
Ścisła współpraca z rodzicami była ważna w przedszkolu, które niejednokrotnie korzystało z ich fachowej, świadczonej bezpłatnie pracy. Co miesiąc odbywały się zebrania komitetu rodzicielskiego, a co kwartał walne zebrania rodziców, podczas których wygłaszano referaty z zakresu wychowania i omawiano sprawy, związane z potrzebami przedszkola . W kontaktach z rodzicami chodziło przede wszystkim o uzgodnienie metod wychowawczych, by w imię dobra dziecka, wychowanie rodzinne było zgodne z wychowaniem w przedszkolu.
W 1952 roku przedszkole, które dotąd działało na zasadzie instytucji prywatnej, zostało przejęte przez "Caritas"państwowy. Łączyło się to z większą ingerencją władz w sprawy przedszkola, było natomiast korzystne pod względem materialnym. Najważniejsza dla sióstr sprawa a mianowicie profil wychowania - pozostał ten sam.
Obok normalnych zajęć, przewidzianych programem przedszkolnym, siostry włożyły wiele starań w kierunku religijnego wychowania dzieci. Od czasu do czasu dzieci miały swoje Msze św., w czasie których recytowały opracowane dla nich wierszem teksty mszalne. Szczególnie uroczyście odbywało się zakończenie roku. Wówczas dzieci z zaoszczędzonych przez siebie pieniążków, zamawiały Mszę świętą w intencji rodziców. Potem odbywały się występy dzieci na krużgankach.
W latach sześćdziesiątych władze komunistyczne podjęły w całym kraju akcje likwidacji przedszkoli prowadzonych przez zgromadzenia zakonne.
Na początku roku 1961/62 sytuacja była niepewna i napięta. Inspektorat zażądał do wglądu kart zgłoszeń dzieci i przetrzymywał je przez dłuższy czas. Były również trudności z zatwierdzeniem zmiany na stanowisku kierowniczki przedszkola. Nie stwarzało to sprzyjającej atmosfery, siostry jednak przystąpiły normalnie do pracy i prowadziły ją do końca roku szkolnego. W dniu 30 czerwca 1962 r. przedszkole sióstr w Sieradzu zakończyło swe istnienie.
Mimo likwidacji placówek nie udało się całkowicie pozbawić sióstr wpływu na młodzież i dzieci. Gdy w szkołach zniesiono nauczanie religii, siostry przystąpiły do katechizacji w salach parafialnych zarówno w Sieradzu jak i w okolicznych wioskach. Pięć, sześć katechetek obejmowało swym nauczaniem i wpływem wychowawczym setki dzieci. Do kościoła klasztornego garnęły się dzieci i młodzież pragnące uczestniczyć w obrzędach liturgicznych jako ministranci i asysta. Siostry opiekunki otaczały je szczególną troską, starając się wpoić im takie podstawowe wartości jak uczciwość, prawość, szacunek dla każdego człowieka, obowiązkowość. Wysiłek i praca każdego z nich w kierunku osiągania tych zalet, była warunkiem dopuszczenia do ołtarza. Przez dłuższy czas w klasztorze prowadzono nieoficjalnie świetlicę dla około czterdziestu ministrantów. Tu mieli swoje pogadanki wychowawcze, tu mogli odrobić lekcje, czy zabawić się w różne gry. Zarówno ministrantom jak i dziewczętom z asysty urządzano co roku świętego Mikołaja, opłatek, święcone. Młodzież pod kierunkiem sióstr przygotowywała jasełka inne przedstawienia o tematyce religijnej, które wystawiano w kościele.
Niemały wpływ w dziedzinie oświatowo wychowawczej odegrała biblioteka, której działalność wznowiły siostry zaraz po wojnie. Wprawdzie księgozbiór został częściowo zniszczony podczas działań wojennych, ale starano się sukcesywnie go uzupełniać przez zakup nowych książek i wydawnictw.
Już w pierwszym roku powojennym liczba czytelników wynosiła przeszło 300 osób. Poza czytelnikami z miasta z wypożyczalnie książek korzystały mieszkanki bursy i ministranci. Z upływem lat zainteresowanie książką nieco zmalało u osób dorosłych, natomiast zwiększyła się napływ dzieci i młodzieży, które tu znajdowały trudno dostępne lektury z dziedziny literatury lub książki religijnej.

Równolegle z pracą wychowawczą klasztoru sieradzkiego rozwijała się działalność charytatywna, kierowana wszędzie tam, gdzie ujawniała się bieda i ludzkie potrzeby. W latach powojennych siostry wydawały codziennie dwa posiłki dla ok. pięćdziesięciu osób. Dwie siostry pracowały w parafialnym Caritas organizując pomoc materialna i odwiedzając chorych i samotnych. Szczególną troską otaczano wielodzietne rodziny i samotne matki.
W okresie stanu wojennego i w latach następnych siostry podjęły trud rozdawnictwa darów zagranicznych, które wówczas w dużych ilościach napływały do Polski.
Szczególnym rodzajem świadczonej pomocy było umożliwienie zamiejscowym dziewczętom z uboższych rodzin ukończenia szkoły średniej. Siostry przyjmowały je do siebie zapewniając im pełne utrzymanie i opiekę. Przez szereg lat liczba ich wynosiła 2 - 4.
Obecnie Siostry prowadzą katechizację w szkołach podstawowych i średnich, jedna siostra uczy języka angielskiego, nadal jest prowadzony Dom Pomocy Społecznej, przy klasztorze działa chór Cantilena, w kościele czasem odbywają się koncerty muzyczne, przy klasztorze prowadzona jest świetlica środowiskowa "Światełko Dzikuska". Powstała ona w 1991 roku jako pierwsza świetlica na terenie miasta. Do świetlicy uczęszczają dzieci z rodzin ubogich i problemowych w wieku od 3 do 17 lat. Obecnie z pomocy świetlicy korzysta 30 dzieci. W pracy z dziećmi pomaga 8 wolontariuszy, prywatni ofiarodawcy (piekarnie, cukiernie, masarnia). Świetlica jest dotowana przez Urząd Miasta.